Site preloader
Blog

Ulubieńcy miesiąca: listopad · pielęgnacja · kolorówka

4 grudnia 2017
Ulubieńcy listopada

Początek grudnia, czyli najlepszy czas na ulubieńców minionego miesiąca. W listopadzie pojawiło się sporo nowości zarówno z działu kosmetyków kolorowych, jak i pielęgnacji. Wiele z nich bardzo spodobało się mi i mojej skórze, jednak na miano ulubieńców miesiąca muszą jeszcze chwilę poczekać. Pamiętajcie, że o wszystkich nowościach informuję Was na swoim Instagramie klik. A na początek to, co uwielbiam najbardziej – czyli kolorówka. Zaraz potem pielęgnacja, która w tym miesiącu odegrała kluczową rolę . Bardzo pomogła w opanowaniu uczulenia, które pojawiło się na mojej twarzy, do tej pory nie wiem czym spowodowane. Na szczęście sytuacja opanowana. 

 

Shiseido, Synchro Skin 

 

Podkład, który jest lekki, a przy tym ukrywa wszystko to, co mam ochotę schować. Nie obciąża, jest trwały i ma piękny żółty odcień 2Gold. Jedyna wada to zakrętka, która jest nieporęczna i źle skonstruowana. Już zdążyła mi się połamać, a wiem że nie jestem pierwsza i pewnie nie ostatnia. Nie mniej podkład uwielbiam za to jak wygląda na skórze i jak przyjemnie się go nosi.

 

Eisenberg, Fond de Teint Correcteur Invisible

 

To moje odkrycie października i listopada. Lekka konsystencja, która bardzo łatwo aplikuje się na skórę. Pięknie się wtapia i wygląda niezwykle naturalnie. Ujednolica koloryt. Odcień 1 Natural, to ładny ciepły beż bez różowych tonów. To jeden z nielicznych podkładów, pod który nie aplikuję bazy, bo bez niej utrzymuje się bardzo dobrze, a dodatkowo lubię jego pielęgnacyjne właściwości.

 

Smashbox, Studio Skin

 

To mój pewniak obok Estee Lauder Double Wear na większe wyjścia, kiedy chcę mieć pewność, że podkład utrzyma się przez wiele godzin a na twarzy nie pojawi się maska. Ma przyjemną kremową konsystencję, dobrze współpracuje z różnymi bazami. Łatwo się aplikuje i na mojej skórze jest bardzo trwały. Na plus duży wybór kolorów. Ja obecnie mieszam 1.2 oraz 2.1

 

 

Bobbi Brown, Nude Finish Illuminating Powder 

 

Bardzo dobry puder prasowany, który utrwala makijaż, a przy tym jest bardzo lekki i pięknie rozświetla dzięki zawartości małych drobinek. Mozaika w odcieniu Buff po zmieszaniu daje bardzo ładny beżowy, naturalny odcień. Puder jest bardzo wydajny. Towarzyszy mi od wiosny a wciąż go sporo zostało.

 

Becca, First Light Priming Filter

 

To baza, która pięknie rozświetla zmęczoną buzię. Ma przyjemny orzeźwiający zapach i lekką konsystencję. Delikatnie nawilża, i dobrze trzyma makijaż. To jak bardzo się lubimy, można zauważyć po jej zużyciu.

 

Becca, Under Eye Brightening Corrector

 

To kremowy korektor rozświetlający w odcieniu brzoskwiniowym. Nie obciąża skóry pod okiem. Aplikuję go jako pierwszą warstwę pod wewnętrzny kącik oka – w celu rozjaśnienia i rozświetlenia tej okolicy. Następnie na niego nakładam lekki płynny korektor.

 

MAC, Rouge En Snow 

 

To prawdziwy majstersztyk. Cudowne złote opakowanie, i ten kolor soczystej chłodnej czerwieni. Pomadki MAC znam od lat i nigdy mnie nie zawiodły, a szczególnie te o wykończeniu Matte. Pomadka trzyma się milion godzin, moich ust jakoś wybitnie nie wysusza. Niestety zła wiadomość jest taka, że kolekcja Snow Ball, z której pochodzi rozeszła się jak świeże bułeczki, ale kolor jest niemal identyczny jak kultowa Ruby Woo – może to jakieś pocieszenie.

 

 

Becca, Luminous Blush

 

Piękny rozświetlający róż w odcieniu Camellia. Ma jakby półprzezroczyste wykończenie. Wygląda bardzo subtelnie i naturalnie, co nie znaczy, że ma słabą pigmentację. Wręcz przeciwnie. Ma po prostu wyjątkowe wykończenie, które ożywia i rozświetla twarz. Trwałość bez zarzutu.

 

Burberry, Blush Palette

 

O tym cudeńku pisałam tutaj. To bardzo dziewczęcy, neutralny odcień różu. Bardzo mocno napigmentowany i bardzo trwały. Sięgam po niego bardzo często, kiedy mam ochotę na lekki dziewczęcy makijaż.

 

 

SkinFood, Coconut Mask

 

Sprawdziła się u mnie super podczas alergii. Ukoiła skórę, przyjemnie nawilżała no i ten kokosowy zapach. Maseczka ma lekką konsystencję i jest bardzo wydajna. Obawiam się, że nie sprawdzi się przy skórach tłustych lub skłonnych do zapychania, bo zauważyłam, że ma wysoko w składzie silikon, który daje uczucie gładkości. Z powodzeniem stosuję ją na noc, gdyż nie wymaga spłukiwania i u mnie zdaje egzamin.

 

GlamGlow, Gravitymud

 

To moja ulubiona maseczka peel off. Ma ekstra srebrny kolor. Jest niezastąpiona na większe wyjścia. Daje natychmiastowy efekt ujędrnienia i rozświetlenia. Bardzo bardzo podoba mi się to, jak na niej wygląda makijaż. Polecam kupować w mniejszych opakowaniach 🙂

 

Clinique, Pep-start Double Bubble Mask 

 

A to maseczka, której uwielbiam używać podczas porannej pielęgnacji, bo daje bardzo przyjemne doznania podczas bąblowania i jest ekspresowa. Różowa, żelowa konsystencja po nałożeniu na twarz po chwili zamienia się w przyjemną musującą pianę, która delikatnie wygładza skórę, odświeża ją i ściąga moje pory.

 

Givenchy, Hydra Sparkling Masque Mousse 

 

Maseczka o konsystencji delikatnego musu, którą również pozostawiam na całą noc. Sekretem formuły jest zaawansowany technologicznie kompleks Sparkling Water Complex®, który wiąże wodę w skórze i aktywuje produkcję energii w komórkach. I coś w tym jest. Rano twarz jest niesamowicie dobrze nawilżona, wygładzona, bardzo miękka w dotyku i odżywiona.

 

Eisenberg, Masque Fondant 

 

Ta maseczka najlepiej ze wszystkich poradziła sobie z moją podrażnioną skórą. Ma kremową konsystencję i jest bardzo łagodna dla skóry. Można ją bez obaw nałożyć pod oczy i na powieki i nic nie piecze. Wchłania się szybko i nie pozostawia tłustej warstwy. Solidnie nawilża, ekspresowo koi. To prawdziwy rarytas dla skóry.

 

 

Dr. Jart+, Ceramidin Cream

 

Krem nawilżający, który w połączeniu z maseczkami ukoił i naprawił moją podrażnioną skórę. Bardzo dobrze nawilża i łagodzi podrażnienia. Stosowałam tylko na noc, pod makijaż niestety nie sprawdził się.

Glamglow, Powercleanse

 

Ze wszystkich pianek Glamglow tę lubię najbardziej. Ma podwójne działanie oczyszczające. To połączenie błota i olejku, które możemy dozować według potrzeb sprawdza się genialnie. Pianka bardzo delikatnie, ale jednocześnie skutecznie oczyszcza skórę. Zazwyczaj makijaż zmywam wstępnie płynem micelarnym, ale zdarzyło mi się pominąć ten krok i pianka perfekcyjnie poradziła sobie nawet z mocnym makijażem oka. Nie przesusza mojej skóry i nie podrażnia jej. A do tego jest bardzo wydajna.

 

Origins, Tri-Phase Essence Lotion 

 

To produkt, który pokochałam od pierwszego użycia. Serio. Rzadko, kiedy piszę tak o produktach pielęgnacyjnych, ale tutaj jest miłość, która wciąż trwa i trwa i wiem, że się nie skończy. To jesienna nowość z luksusowej linii Three Part Harmony. Po delikatnym wstrząśnięciu warstwy łączą się ze sobą. Esencję nakładam na dłonie i wklepuję. Odżywia, nawilża, regeneruje. No robi wszystko, co najważniejsze. A do tego pięknie pachnie, nie podrażnia i jest niezwykle wydajna. Esencję stosuję w swojej wieczornej pielęgnacji i uwielbiam ten krok. Sprawia mi i mojej skórze niezwykłą przyjemność.

0