Beauty Sunday: #NoMakeUp

 

Nie, to nie będzie makijaż z serii ‚no makeup makeup’. Dziś będę zupełnie no makeup. Dlaczego ? Miał być letni makijaż z akcentem na usta, ale kiedy przed makijażem zerknęłam w lustro pomyślałam, ej lubię siebie. Lubię siebie bez makijażu. Ale tak na prawdę. Jasne, są lepsze i gorsze poranki. Lepszy i gorszy czas cery. I mogłabym przedstawić Ci długą listę swoich niedoskonałości, które są, które widzę, ale które akceptuje. I dziś nie będzie narzekania. Wydaje mi się, że za mało mówimy na głos o tym co w sobie lubimy, dlatego dziś chcę Ci powiedzieć o tym, co ja w sobie lubię. I liczę na rewanż.

 

 

Tak na prawdę nigdy nie miałam problemu z pokazaniem się bez makijażu, przecież nie raz przy okazji recenzji podkładów pokazuję się Wam saute. Ale podczas przygotowywania zdjęć zawsze wybierałam te, na których moje niedoskonałości były najmniej widoczne (i nie mam tu wcale na myśli wyprysków). Bo przecież wszystko musi być perfekcyjne. Nie musi. Już nie.

Pokazuję się w piżamie, po porannej pielęgnacji. Kawa też była. I tak, mogę to powiedzieć z pełnym przekonaniem: lubię siebie. Lubię siebie bez makijażu. I już.

O wiele trudniej jest mówić o rzeczach które w sobie lubimy, być może z obawy o postrzeganie jako chwalenie się. Dlatego dziś mierzę się sama ze sobą i przedstawiam Ci kilka swoich atutów:
– Usta. Zawsze je lubiłam. Za to, że są pełne, a dolna i górna warga symetryczna.
– Oczy. Lubię ich kształt i kolor tęczówki.
– Brwi. Czasem są cieńsze, czasem grubsze, ale lubimy się.
– Włosy. Tak jak w przypadku ust, zawsze lubiłam swoje włosy. Za ich grubość, gęstość i niesforność.

Mam nadzieję, że Ty też opowiesz mi o tym, co w sobie lubisz najbardziej!

 

by
Previous Post Next Post
30 shares